Author picture
EWA tylec
EWA tylec

Podróżowanie nie jest kwestią pieniędzy, tylko odwagi. Paulo Coelho

Sycylia – plan idealny, a życie swoje…

Sycylia – plan idealny, a życie swoje…

Jeszcze nie wylecieliśmy, a już jest o czym pisać. Za dwie godziny powinniśmy startować a… właśnie stukam w klawiaturę. Co poszło nie tak? Po kolei. Plan na ten wyjazd był wyborny, powiedziałabym wybornie ekstremalny.

  • 7 dni,
  • 3 bazy noclegowe,
  • 3 dzieci (w zestawie 4 miesiące, 2 lata i nastolatka),
  • wyborna (w założeniu) pogoda,
  • niezliczona ilość przeszkód,
  • do zobaczenia – jak zawsze za dużo. 

Tak więc sam plan jest bardzo fajny – z założenia trochę nieba, trochę piekła. Cała paleta barw i szerokie spektrum emocji do doświadczenia na włoskiej ziemi. 

W tym wyjeździe największe obawy skupiają, się na najstarszej córce, która nienawidzi zwiedzać (basen i odpoczynek ok, podróże i poznawanie świata niekoniecznie). O ile do Barcelony nie chciała lecieć, tak tutaj ją namówiliśmy. W pierwotnym założeniu miały być baseny i lenistwo, ale nasza natura nie pozwoliła nam tak „zmarnować tego wyjazdu i okazji, żeby zaszczepić najstarszej miłość do podróży. Zaryzykowaliśmy, dowie się na miejscu co ją czeka 🙂

Jak wyglądało nasze planowanie wyjazdu? Zaczęliśmy od sprawdzenia, co chcielibyśmy zobaczyć. Nanieśliśmy punkty na mapę i zrezygnowaliśmy z miejsc skrajnie oddalonych. Trasa miała zatoczyć koło przez trzy punkty noclegowe – Taormina, Trapani, Agrigento i powrót do Katanii (na lotnisko). Harmonogram jak zwykle mocno napięty, każdy dzień rozplanowany, auto wynajęte. W głowie milion pytań, wątpliwości i potencjalnych scenariuszy. Podróż z dziećmi, a do tego z każdym w skrajnie innym wieku, to szereg odmiennych potrzeb i problemów do zaopiekowania. 

Wszystko dograliśmy na ostatni guzik. Moja praca – idealnie rozplanowana zarówno przed wyjazdem jak i po powrocie. Mąż wziął urlop na czas wyjazdu i dodatkowy tydzień na ogarnięcie spraw rodzinnych. Pozostało czekać na wyjazd.

Tydzień przed wyjazdem dwulatka zaczyna gorączkować – jeden, drugi i trzeci dzień. W końcu decydujemy się na domową wizytę lekarską – wstępna diagnoza „trzydniówka” – mamy czekać na wysypkę. Więc czekamy… bezowocnie! Bezobjawowa gorączka skłania do wykonania badania moczu. Wyniki – kosmicznie złe. Włączone leczenie. 2 dni przed wylotem gorączka nas nie opuszcza. Kolejna wizyta w przychodni kończy się skierowaniem do szpitala! Serce w gardle, łzy ciekną po policzku, a w głowie flashbacki z operacji najstarszej córki gdy miała 3 latka. Jaki szpital? Wróci z milionem chorób zakaźnych i traumą. Poruszyliśmy niebo i ziemię, żeby znaleźć inne rozwiązanie. W ciągu dwóch godzin uda się zrobić kolejne badania – dotarliśmy do lekarza dziecięcego, który będzie w stanie wykonać USG nerek. Dalsze konsultacje dają zgodę na leczenie domowe. Mała świetnie zareagowała na leki, widać poprawę w wynikach badań.

Doba do wylotu. Postanawiamy, że lecimy. Koło południa ostatniego dnia pracy mąż wchodzi do gabinetu bez jakiegoś wymownego wyrazu twarzy: „Słuchaj, muszę Ci coś powiedzieć. Odwołali lot.”. Serio?? WTF?? W ciągu jakichś 15 sekund przez moją głowę przeszła rezygnacja, załamka, wkurw… ale trzeba działać. Dzwonimy na infolinię, sprawdzamy dostępne loty, analizujemy noclegi. Wszystko opłacone, po powrocie pełny kalendarz (szczepienia, ortodonta, ślub w najbliższej rodzinie) – możliwości ekstremalnie ograniczone. Na infolinii dowiadujemy się, że we Włoszech przez najbliższe 3 dni będą trwały strajki. Jedyna opcja to przełożyć całą wyprawę o 3 dni. Udało się przebookować 2 z 3 noclegów i samochód, czekamy na decyzję co do 3 bazy wypadowej. Przekładam pacjentów. Szukamy pozytywów – prognozy pokazują lepszą pogodę, mała już na pewno wróci do zdrowia, ograniemy garść zaległych tematów, plecak na wyjazd zdąży dotrzeć. 

I znów czekamy i czekamy. Ciekawe, czy planowo wylecimy w poniedziałek? Miejmy nadzieję, że ciąg dalszy tej historii będzie podparty pięknymi fotograficznymi wspomnieniami 🙂